Pasje naszych ludzi: Bieganie to mój azyl

24 kwietnia, 2020 Sylwester Zimon

Borys Niemczewski, HR Business Partner z rzeszowskiego biura PGS Software, ma dwie wielkie pasje – bieganie i biznes. Łączy je nie tylko literka B – oba obszary wymagają od człowieka ciągłego rozwoju i szukania nowych wyzwań. O tym, jak z jednorazowego zmierzenia się z maratonem dochodzi się do udziału w górskich biegach ultra w różnych zakątkach świata dowiecie się od Borysa.

Kiedy zainteresowałeś się bieganiem?

Bieganie zawsze było dla mnie uzupełnieniem innych aktywności sportowych. Już jako młody warszawiak z blokowiska trenowałem sztuki walki. Po obejrzeniu „Wejścia smoka” z Brucem Lee zacząłem od kung-fu. Później przez lata trenowałem koreańskie tae kwon-do, a już w okresie dorosłości, rosyjskie sambo bojowe i moje ukochane muay thai, czyli tajski boks. Dorastanie w latach 90-tych w dużym mieście było wyzwaniem… a szybka ucieczka jedną ze strategii przetrwania. Bieganie było więc nie tylko wydolnościową częścią treningu sztuk walki. Śmieję się, że gdybym od razu wziął się tylko za bieganie to oszczędziłbym sobie setek godzin i przelanych hektolitrów potu w zgrzybiałych salach gimnastycznych. Zamiast tego miałbym poczucie bliskości z naturą, które w bieganiu uwielbiam.

Sztuki walki to zbędny epizod?

Sztuki walki nauczyły mnie pokory i wytrwałości w dążeniu do celu. To jest ważne w biznesie. Nie można się poddawać nawet wtedy, kiedy coś Cię zaskakuje i nokautuje. Kiedy czasem po prostu przegrywasz. Porażki zawsze motywowały mnie do dalszego rozwoju. Cierpliwość i mocny kręgosłup – to coś, co się buduje przez lata. Bazowanie na jasnym systemie wartości, bycie szczerym i uczciwym. Wielu senseiów stało się z czasem „ojcami biznesu”, a ich rady są cały czas aktualne. Sun Tzu to marka sama w sobie, moim ulubieńcem jest jednak Musashi Miyamoto i jego niesamowite sentencje. Szczególnie ta związana z indywidualnym rozwojem: “there is nothing outside of yourself that can ever enable you to get better, stronger, richer, quicker, or smarter. Everything is within. Everything exists. Seek nothing outside of yourself”.

Kiedy bieganie zaczęło się u Ciebie „na serio”?

Moja prawdziwa biegowa przygoda rozpoczęła się, kiedy w 2012 roku stwierdziłem, że może warto sprawdzić się w maratonie, czyli pokonać jednorazowo 42 km. Ten dystans wydawał mi się nierealny. Często jeździłem z kolegami w góry, pokonując dzikie rejony Tatr czy ukraińskich Bieszczad z plecakiem i namiotem. Wędrowaliśmy wtedy po 20-30 km dziennie, ale bieganie jednorazowo takich dystansów to inna para kaloszy. Tak wtedy myślałem, bo teraz mam inne zdanie – jest łatwiej niż się wydaje.

Z wiekiem rosła we mnie potrzeba udowadniania sobie, że mogę przełamywać coraz większe bariery. Postanowiłem, że przygotuję się do maratonu w trzy miesiące. Bazując na doświadczeniu ze sportów walki ułożyłem sobie plan treningowy. Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że jestem strasznie uparty, więc tylko kontuzja mogła mnie powstrzymać. Koniec końców pobiegłem w maratonie warszawskim. Zrobiłem to, bo czułem też potrzebę „odwentylowania się”, zrobienia czegoś dobrego dla głowy, ducha i… ciała. Ten pierwszy maraton poszedł naprawdę dobrze, pokonałem go w cztery godziny. Teraz bieganie nadal spełnia u mnie podobną funkcję, ale to również forma wyciszenia się, mojego azylu, gdzie katując się fizycznie odpoczywam psychicznie otoczony harmonią przyrody.

Udziałem w maratonie udowodniłeś sobie, że dasz radę pokonać tę barierę. Ale na tym się nie skończyło. Zaraz potem doszedłeś do wniosku, że zwykły maraton to za mało i czas zmierzyć się z czymś większym.

Lubię różnorodność. Po pierwszym maratonie postawiłem sobie kolejne cele. Jednym z nich był udział w triathlonie w formule Half Iron Mana, czyli około 2 km pływania w morzu, 90 km na rowerze i 21 km do przebiegnięcia. Po triathlonie w Gdyni – Gdynia Herbalife Triathlon to super impreza, polecam – chciałem sprawdzić się w górskim biegu ultra. Pierwszy był: Ultra Maraton Bieszczadzki na dystansie 52 km. Wówczas limit czasowy na całą trasę wynosił 8 godzin, obecnie jest 9. Dobiegłem 20 minut przed zamknięciem mety i byłem tak zmęczony, że powiedziałem sobie „nigdy więcej!”. Po dwóch tygodniach zatęskniłem za górskim powietrzem (śmiech). Stało się, rozkochałem się w górskich ultrasach. Poźniej były biegi takie jak beskidzki Chudy Wawrzyniec, Ultra Sky Marathon Babia Góra, GUT – Gorce Ultra Trail, Ultra Trail Hungary i wiele innych.

Borys_Niemczewski

Co uważasz za swoje największe biegowe osiągnięcie?

Najbardziej zadowolony jestem z ukończenia dwóch biegów: GUT 80 i Ultratrack Supramonte Seaside Baunei Sardegna – bieg po górach Sardynii. Pierwszy to jeden z lepiej zorganizowanych biegów ultra w Polsce, który odbywa się w pięknych Gorcach. Tam biegłem kilkakrotnie m.in na dystansie ponad 80 km i dobiegłem na metę ze sporym zapasem. Dobrze się wtedy przygotowałem. Bieg w Sardynii to z kolei rewelacyjne widoki i bardzo zróżnicowane, często wręcz survivalowe, trasy. To był najdłuższy dostępny dystans – ponad 90 km – w większości po rewelacyjnym dziewiczym terenie parku narodowego. Byłem jednym z dwóch Polaków, którzy tam wtedy wystartowali. Rewelacyjne wspomnienia i niezapomniane widoki.

Trasy, które pokonujesz zajmują dużo czasu. Rozmyślasz wtedy o wyzwaniach HR Business Partnera czy jest to raczej forma medytacji w oderwaniu od dnia codziennego?

To ciekawa kwestia. Zauważyłem, że na trasach do 10 km rozmyślam o bieżących sprawach zawodowych i tu często pojawia się moje poletko HR-owe ukierunkowane na usprawnianie procesów, rozwój czy wsparcie. Po 16 km rodzą mi się w głowie kreatywne rozwiązania i pomysły z obszarów strategicznych. Powyżej 20 km przełączam się na tzw. stand-by, czyli „niemyślenie”, pewien rodzaj zawieszenia i oderwania od świata zewnętrznego. Te najdłuższe, kilkunastogodzinne, górskie dystanse, np. 50-80 i więcej km, to też pewien rodzaj aktywnej medytacji. To coś niesamowitego. Doceniasz wtedy najprostsze rzeczy, ale też zdajesz sobie sprawę, co jest bezcenne. Za to nie zapłacisz, nikt ci tego nie da, jeśli sam tego nie osiągniesz. To mocno pierwotny i plemienny smak, daleki od samochodów 4×4 czy wyjazdów all inclusive. Biegnąc odlatujesz myślami i wracasz do świata żywych tylko wtedy, kiedy musisz się nawodnić i na siłę – coś zjeść.

W biznesie opierasz się na strategii, a jak jest w bieganiu na tak długich trasach?

Możesz się świetnie przygotować wydolnościowo i siłowo, możesz strategicznie zaplanować cały swój bieg i pokonywanie kolejnych etapów trasy, ale jeśli nie jesteś gotowy na zmienne, wypadkowe i kryzysy, to nie ukończysz biegu – jak w biznesie. W trasie biegniesz głową. Pozwalasz sobie na medytacyjny odlot, jednocześnie twardo stąpając po ziemi. Jak nie będziesz uważał na prozaiczne rzeczy, to nie dotrzesz do mety. Każda trasa i każdy odcinek ma swój limit czasowy, a każdy ultra ma swoją „ścianę” i biegowo-psychiczny kryzys. Jeśli dotrzesz minutę później na określony punkt, to jest po ptakach. Wykluczają Cię z zawodów.

Co o Twojej pasji myślą Twoi bliscy?

Mówią mi, że nie jestem normalny, ale mocno mnie wspierają i kibicują mi na każdych zawodach. Jak im pokazuję dłuższe trasy gdzie trenuję to mówią, że tylko ktoś z „bzikiem” może to robić. Ale dla mnie to jest jak najbardziej naturalne. Na przestrzeni setek lat ewoluowaliśmy w wygodę, ułatwienia, technologię i dobrze, bo stale idziemy do przodu Zapomnieliśmy jednak o nieograniczonym potencjale naszego ciała i umysłu.

Kiedyś miałem startować w biegu na 112 km i dzień przed zaczęła mnie rozbierać choroba. I co? Tyle przygotowań na marne? Setki godzin treningu, wyrzeczenia, godziny jazdy samochodem do innego kraju – takie myśli miałem wtedy w głowie. Zmieniłem wtedy podejście i cel. Powiedziałem sobie – pokaż, ile jesteś w stanie przebiec w takim stanie. „Dojechałem” do 80-ki (śmiech). Spełniłem się, na tyle ile mogłem.

Chciałbyś coś przekazać ludziom, którzy potrzebują motywacji? Od czego mogliby zacząć, żeby przygotować się do sezonu biegowego?

W obecnych czasach potrzebujemy resetu od „aresztu domowego”. Dlatego tak ważny jest wysiłek fizyczny. Co do biegania, to trzeba po prostu zacząć. Odpal ulubione kawałki na Spotify, załóż słuchawki i w miarę wygodne buty do biegania (te ze sklepu w necie w średniej cenie będą najlepsze; o pół lub numer większe), załóż szorty czy legginsy, wyjdź (z zachowaniem wszystkich środków bezpieczeństwa) i po prostu zacznij biec. Najpierw kilometr biegu plus spacer, znów podbiegnij, znów spaceruj. Następny trening zrób 300 m dłuższy. Każdy z nas musi na początku nauczyć się biegać. Nie będziesz wiedzieć jak oddychać, jak odpowiednio stawiać nogi, ale z każdym metrem i kilometrem będzie coraz lepiej. Po bieganiu nagroda – zrób dla siebie coś miłego, np. smaczną kolację.
Najważniejsze to zadać sobie pytanie „po co mam to robić?”. Jak pojawią się odpowiedzi: „dla mojego chłopaka/dziewczyny” to raczej się nie uda. Jak będzie bliżej do: „chcę trochę zrzucić”, „chcę poczuć się lepiej”, „chcę udowodnić sobie, że..” to jesteś już o wiele bliżej startu i mety. Zdefiniuj sobie jeden cel i użyj najstarszej metody rozwojowej: co – jak – kiedy – po co? Zobaczysz, apetyt wzrośnie w miarę… biegania i jedzenia.

Masz już plany na kolejne biegowe wyzwania?

Dzięki startom w biegach górskich udało mi się zebrać odpowiednią punktację – zgodnie z międzynarodową organizacją ITRA – kwalifikującą do biegów po Alpach w ramach prestiżowego Ultra Trail du Mont Blanc. Tam jeszcze nie biegłem, ale być może kiedyś się uda. W tym sezonie mam głód na jakąś 100 km trasę. Już mocno trenuję. Niestety obecnie wszystkie zawody w Polsce i na świecie są zawieszone, ale zrobię wszystko, żeby być gotowym na start, gdy tylko uda się wykopać wirusa z naszego codziennego życia. Zatem do boju!

Borys

Najnowsze wpisy