Pasje naszych pracowników – Powietrze uczy pokory

Czerwiec 11, 2018 Sylwester Zimon

Bartosz Szcząchor, .NET Developer i Team Leader z Gdańska ma dość niekonwencjonalne hobby. Odkąd pamięta marzył o tym, aby wznieść się w przestworza, co od jakiegoś czasu uskutecznia podczas lotów szybowcem. O tym, jakie to uczucie opowiedział Sylwestrowi Zimonowi.

Skąd u Ciebie zainteresowanie szybownictwem?

Latanie ciekawiło mnie od zawsze. Wymyśliłem sobie kiedyś, że chcę zostać astronautą. Najpierw pilotem wojskowym, później pilotem testowym i wreszcie astronautą. Niestety z przyczyn zdrowotnych nie zostałem przyjęty do liceum lotniczego. Zająłem się więc swoją drugą pasją, komputerami. Latanie jednak wciąż mnie fascynowało. Umówiłem się na pierwszy lot widokowy szybowcem. Nigdy wcześniej nie latałem, ale od razu poczułem, że to jest to!

Jakie to uczucie? Wzbić się w powietrze i latać.

Na początku czułem lekki strach, ale wiedziałem, że leci ze mną doświadczony pilot, a lot wykonany zgodnie z regułami jest bezpieczniejszy niż podróż autem. Po zamknięciu kabiny i sygnale od pilota, kierownik lotu wydał polecenie do obsługi wyciągarki „naprężaj linę”, potem „naprężona, ruszył!”… i wtedy szybowiec dostał takiego kopa, że w ciągu trzech sekund miał na liczniku 80 km/h i zaczął lecieć. Następnie przeszliśmy do fazy stromego wznoszenia, czyli prucia w powietrze pod kątem przekraczającym 45 stopni z prędkością 100 km/h – co sprawia wrażenie lotu rakietą prosto do góry. Słyszałem szum powietrza, trzeszczenie liny, całym szybowcem trzęsło i widziałem tylko niebo przed sobą. Wtedy pilot powiedział „spójrz w lewo, widać morze”. Było widać linię brzegową od Mierzei Wiślanej po Półwysep Helski. Niesamowity widok. Później pilot ostrzegł mnie, że gdy będziemy wyczepiali się z liny mogę poczuć bezwładność. Poczułem się dziwnie, jakbym ważył mniej, ale tylko przez chwilę. Po odczepieniu liny, już tak nie trzęsło i czułem w sobie jedno wielkie „łaał”. Przyszła pora na podziwianie krajobrazów, wskazań przyrządów, rozmowę z pilotem. Wysokość była coraz mniejsza i trzeba było lądować. Bardzo mi się podoba moment tuż przed dotknięciem kołami ziemi. Choćby nie wiem jak wiało i trzęsło, tuż przed przyziemieniem wszystko cichnie, uspokaja się, jakby na te kilka sekund zatrzymał się czas. Pierwszy lot trwał 10 minut, a do dziś mam wrażenie, że leciałem przynajmniej dwa razy dłużej. Wtedy już wiedziałem, że będę latał szybowcami i już. Kilka miesięcy później zapisałem się na kurs, a pół roku później latałem już samemu trzymając za stery. Nadal uczę się i zbieram doświadczenie, aby móc zostać pełnoprawnym pilotem z licencją. O lataniu myślę niemal codziennie. Wrażeń zarówno w powietrzu jak i na ziemi jest tyle, że naprawdę jest, do czego wracać myślami. Pamiętam lot, w którym mogłem krążyć razem z parą bocianów tak blisko, że mogliśmy spojrzeć sobie w oczy. Pamiętam mroźne poranki, gdy wlatywałem w opady śniegu czy wirującą ziemię, gdy ćwiczyliśmy korkociągi. Czasami żałuję, że nie robiłem zdjęć, ale wątpię by udało się uchwycić to „coś”.

Czy szybownictwo wymaga jakichś szczególnych predyspozycji?

Wbrew pozorom szybownictwo jest pasją niemal dla każdego. Wymogi zdrowotne są niewiele wyższe od tych do jazdy samochodem. Pozostała część tego sportu to wiedza, ćwiczenia praktyczne, godziny spędzone na lotnisku i cierpliwość. Bywały dni, że po kilku godzinach oczekiwania, wracaliśmy do domu nie latając, bo pogoda nie pozwalała. Inne dni, to często 12-14 godzin na lotnisku, z czego niecała godzina w powietrzu. Uważam, że jedyną szczególną cechą, jakiej szybownictwo wymaga jest pasja do latania.

Czy widzisz jakiś związek między lataniem szybowcem a pracą w IT?

Szybownictwo daje mi chwilę spokoju i możliwość nabrania dystansu do wszystkiego. Dzięki temu sportowi nauczyłem się planować swoje działania i nie przejmować się, że plan nie jest idealny. Często powtarza się frazes, że „powietrze uczy pokory”. To prawda, zwłaszcza w szybownictwie. Czasami lepiej sobie odpuścić latanie, nigdy nie można przeceniać swoich możliwości, zawsze trzeba mieć plan i myśleć kilka kroków do przodu, bo szansa na lądowanie jest tylko jedna.

Tekst ukazał się w nr 2 magazynu PGS Insider.
Zdjęcia: Jakub Popławski.

Najnowsze wpisy