W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.

Dziecko z Rzeszowa, które przerosło firmę matkę

Lipiec 28, 2016 Katarzyna Mularz

O tym, jak z firmy, która w 2008 r. zatrudniała osiem osób, wyrosnąć na jednego z największych pracodawców IT w regionie, opowiada Andrzej Gaweł, Co-Head of Development w PGS Software w Rzeszowie.

Jest Pan rzeszowianinem z pochodzenia czy z zamiłowania?

Teraz już z zamiłowania. Pochodzę ze Stalowej Woli, studia ukończyłem we Wrocławiu i tam spędziłem w sumie szesnaście lat. W Rzeszowie mieszkam od 2008 r.

Jak doszło do tego, że prężnie rozwijająca się wrocławska firma swoje drugie biuro postanowiła otworzyć właśnie w stolicy Podkarpacia? Dziewięć lat temu Rzeszów nie był tak medialny jak teraz i na pewno nie kojarzył się z branżą IT.

Moje życie studenckie polegało na krążeniu na trasie z Wrocławia do Warszawy, gdzie uczyła się moja obecna żona. Po ślubie z kolei bardzo często przyjeżdżaliśmy na Podkarpacie w odwiedziny do naszych rodzin – wtedy już moi rodzice mieszkali właśnie w Rzeszowie. W końcu uznałem, że mam już dość tego życia w drodze. Poza tym sam Wrocław też mi się jakoś szczególnie nie podobał. Poznałem tam jednak Pawła Gurgula, późniejszego założyciela PGS Software. Kiedy zaproponował mi współpracę, przyjąłem ofertę, ale zapowiedziałem, że jeśli firma będzie się rozwijać, to chcę pojechać do Rzeszowa i otworzyć tam oddział. Pamiętam słowa Pawła: OK, dzisiaj mogę obiecać ci wszystko. Już po roku, kiedy firma we Wrocławiu liczyła około 40 osób, zaczęliśmy myśleć o biurze w Rzeszowie.

Wywiad z Andrzejem Gawłem w podkarpackiej Strefie Biznesu

Jak wielkie oczy zrobił Paweł Gurgul, kiedy zaproponował mu Pan właśnie Rzeszów?

Nie widziałem przerażenia w jego oczach. Znacznie częściej widywałem je natomiast podczas rekrutacji jeszcze we Wrocławiu. Wtedy wychodziłem po 2-3-godzinnej sesji z potencjalnym pracownikiem, a Paweł pytał: I jak? Programuje? A ja odpowiadałem: Już tak. A mówiąc całkiem poważnie, zaufaliśmy sobie nawzajem, że w Rzeszowie da się zrobić coś znaczącego, choć żaden z nas wcześniej nie znał tego miasta. Zrobiliśmy jednak kilka wizyt zwiadowczych i przekonaliśmy się, że jest tu potencjał.
W tym czasie PGS Software był już znaną firmą, ale w Rzeszowie słyszeli pewnie o niej nieliczni. Od czego zaczynaliście tu na miejscu?
Od prywatnego domu w Miłocinie w roli siedziby. Rekrutację, którą wtedy przeprowadziliśmy, pamiętam do dzisiaj, bo odbywała się w hotelu. W jednym pomieszczeniu ja przeprowadzałem rozmowy z kandydatami pod kątem technologicznym, w drugim Paweł oceniał ich dopasowanie do pracy w naszym zespole. Zaczynaliśmy wtedy z ośmioma pracownikami, dziś w biurowcu przy ul. Maczka jest ich ponad dwustu. W ubiegłym roku przerośliśmy zatrudnieniem Wrocław.

Zatrudniacie tylko programistów?

Głównie programistów, choć potrzebujemy też testerów, Project Managerów, Biznes Analityków, czy grafików, mamy też miejsca w HR.

Jak trafiają do was nowi pracownicy?

W Rzeszowie mamy dobrą opinię – firmy, w której chce się pracować i która stawia ciekawe i rozwijające wyzwania. Mówiąc najprościej: u nas po prostu nie jest nudno. Każdy programista może liczyć na swobodę w kreatywnym rozwiązywaniu ciekawych problemów i w doborze rozwiązań. Efektem tego jest szybkie poszerzanie swoich kompetencji i wiedzy. Takie też zresztą było moje założenie wtedy, gdy otwierałem tu biuro – chciałem, żeby ludzie mieli możliwość podjęcia pracy w firmie, która jest fajna. Wcześniej miałem doświadczenia z kilkoma zachodnimi koncernami i z pewnością mogę powiedzieć: PGS jest fajny i prorozwojowy. Dlatego sporo osób przychodzi do nas z polecenia. Prowadzimy stałą rekrutację i kompetentnych ludzi jesteśmy w stanie zatrudnić w każdej chwili. Nie szukamy pracowników pod kątem konkretnego projektu, tylko takich, którzy mają w sobie potencjał.

„Od kilku lat w Rzeszowie przybywa firm z branży IT i wiem, że w dużej mierze korzystają z kadr wykształconych u nas”

Na ile do pracy w firmie takiej jak wasza przygotowani są absolwenci rzeszowskich uczelni?

Ludzie po studiach mają pewien zasób wiedzy teoretycznej, ale nie są tak naprawdę przygotowani na to, żeby świadczyć pracę na rynku, bo brakuje im umiejętności praktycznych. Stąd nasze zabiegi, żeby współpracować ze studentami już na drugim, trzecim roku. Często im powtarzam, że studia to najlepszy czas na eksperymenty. Wtedy można skupić się na rozwoju samego siebie, czytać, poznawać ludzi, uczyć się od siebie nawzajem, inspirować. Mówię: zrób start-up z kolegami i przekonaj się, że robienie biznesu nie jest proste, że motywowanie ludzi nie jest proste. Lepiej robić to teraz, niż później uczyć się na klientach komercyjnych.

A jak duże znaczenie ma dla was wykształcenie kierunkowe?

Preferujemy takich pracowników, ponieważ to daje pogląd na to, czego oni chcą i faktycznie znakomita większość naszej załogi takie wykształcenie ma. Z drugiej strony, mamy u siebie piekarza czy anglistę, który po studiach uznał, że chce być jednak programistą. Miał odwagę przyjść do nas i powiedzieć, że choć na razie ma tylko podstawy, udowodni nam, że może być w tym dobry. Dlatego dajemy szansę ludziom nie tylko z dyplomem, ale przede wszystkim takim, którzy chcą się rozwijać i nie boją się pytać. Po kilku latach pracy będą w stanie dotrzeć daleko – osiągając poziom swoich kolegów, absolwentów studiów technicznych.

Tryb pracy opieracie na zasadach tzw. Manifestu Agile. Proszę o tym opowiedzieć.

Programowanie w oparciu o tzw. metodyki Agile [ang. zwinny – KM] sprawia, że dostarczanie produktu klientowi jest łatwiejsze, szybsze i bardziej efektywne, a praca lepiej zorganizowana. Klient w regularnych odstępach czasu dostaje pewną funkcjonalność, którą zamówił w ramach większego projektu, i może ocenić, czy to spełnia jego oczekiwania Zawsze wtedy ma szansę na to, żeby naprowadzić zespół na inne rozwiązania, jeśli okaże się, że coś można zrobić jeszcze lepiej. Jego anachronicznym przeciwieństwem jest Waterfall [ang. wodospad – KM], czyli podejście, w którym spisujemy potrzeby klienta, a po jakimś czasie oddajemy po prostu gotowy produkt, zgodnie z tym, co zapisaliśmy na samym początku. Wielu naszych klientów to zagraniczne firmy, które przychodzą do nas z zarysem pomysłu, ale potrzebują zespołu, który – pracując bezpośrednio z nimi – doradzi kierunek, dobierze narzędzia i rozwiązania, a co najważniejsze – wykona pracę koncepcyjną polegającą na przełożeniu abstrakcyjnego pomysłu biznesowego na realny kod. Czasem jest tak, że klient ma bardzo, bardzo ogólną wizję i ona wyostrza się dopiero na etapie tworzenia. W tej sytuacji bezpośrednia, bardzo bliska praca z klientem jest niezbędna.

W tych czasach wydaje się to dość oczywiste podejście…

Kiedyś to nie był standard i Agile nas wyróżniał na rynku. Dziś wiele firm nas goni, dlatego znowu szukamy innych wyróżników i teraz jest praca w oparciu o tzw. DevOps i Continuous Delivery.

Jaki procent waszych klientów to podmioty zagraniczne?

Myślę, że około 95 proc.

Ma Pan opinię człowieka pracy, a do tego szefa, który posiadł umiejętność teleportacji. Wszystko się zgadza?

Rzeczywiście dużo pracuję i choć mam wiele pasji, które rozwijam, ciągle jestem zdeklarowanym programistą i z chęcią przekazuję swoją wiedzę innym. Jeśli chodzi natomiast o styl pracy w firmie, to odpowiedni balans pomiędzy pracą a życiem prywatnym jest dla nas świętością. Pamiętać należy, że ciągle jesteśmy firmą rodzinną. A co ma pani na myśli, mówiąc o teleportacji?

Podobno potrafi Pan w sposób niedostrzeżony przemieszczać się po biurze i nagle wyrastać pracownikom zza pleców…

Nawet jeśli tak jest, to nie wynika z potrzeby kontroli czy dyrygowania ludźmi. Nie jestem klasycznym typem szefa. Uważam, że moje zadanie polega na tym, żeby pracownikom pomagać, rozwijać ich potencjał, odkrywać ich mocne strony i z nimi współpracować. Cała filozofia firmy jest tak stworzona. Mamy tu ludzi, którzy byli administratorami, potem programistami PHP, a jeszcze później uznali, że powinni pójść w kierunku Javy, czyli znowu zwrot o 180 stopni. Jest chłopak, który chciał być team leaderem, ale po roku doszedł do wniosku, że to jednak nie jest to. Nie ma problemu, bo dajemy im ten luksus, że mogą się sprawdzić, a jeśli nie wyjdzie, to zapewniamy miękkie lądowanie.

Coraz częściej słyszy się, że Rzeszów może być nie tylko sercem Doliny Lotniczej, ale też pełnić rolę czegoś na kształt polskiej Silicon Valley. Porywamy się z motyką na słońce?

Nie ma rzeczy niemożliwych, ale entuzjazm bym chłodził. Czy możemy stać się Doliną Krzemową? Pewnie nie na taką skalę i nie w krótkim czasie, ale z pewnością powinniśmy się o to starać, bo taki potencjał tu jest. W PGS mamy proces, który nazywa się continuous improvement, tzn. każdego dnia chcemy robić coś lepiej. Jeśli na Podkarpaciu skupimy się na takim podejściu, zbudujemy środowisko, które będzie miało do siebie zaufanie i będzie chciało pracować, to kto wie, czy nie będziemy w stanie przerosnąć nawet Doliny Lotniczej. My z całą pewnością chcemy być częścią tego ruchu.

Powiedział Pan kiedyś, że byliście prawdopodobnie jedną z pierwszych firm, które odkryły Rzeszów jako miejsce do zatrudnienia ludzi w branży IT. Daliście początek efektowi kuli śnieżnej. Miasto miało po prostu szczęście czy faktycznie jest tu potencjał do rozwoju tej konkretnej branży?

Rzeszów potencjał miał i z biegiem lat był on tylko większy, dlatego nic nie jest dziełem przypadku. To, co dzieje się teraz w mieście, a dzieje się bardzo dużo, to efekt ciężkiej pracy oraz tego, że mamy wielu zdolnych ludzi na uczelniach. Mogę nieskromnie powiedzieć, że mamy w tym swój niemały wkład. Oczywiście osiem lat temu działały tu już firmy z branży IT, ale były to co do zasady podmioty wywodzące się z tego regionu. Jako ludzie z zewnątrz pełniliśmy rolę kogoś na kształt pionierów. Od tego czasu konsekwentnie wprowadzaliśmy naszą filozofię tego, jak nowocześnie robi się software, jak motywuje się pracowników i podchodzi do stawianych przed nimi wyzwań. Wiele się zmieniło i teraz, kiedy od kilku lat w mieście przybywa firm z branży IT, wiem, że w dużej mierze korzystają z kadr wykształconych przez PGS.

Jak Pan ocenia startupowy potencjał Podkarpacia? Sporo się ostatnio u nas dzieje w tym temacie…

Jest tu wielu młodych ludzi, którzy robią fantastyczne rzeczy. Dobrym przykładem jest choćby Vadym Melnyk, który realizuje swoją pasję dronową,. Ja jednak nie czuję się na siłach, żeby ich oceniać. Po pierwsze, jest jeszcze na to za wcześnie, bo to dopiero początek drogi, po drugie – historia zna przypadki start-upów, które odnosiły sukcesy, choć wydawały się pozbawione potencjału. Sam kiedyś starałem się o wsparcie dla start-upu, który został oceniony bardzo słabo. Trzy lata później taki sam pomysł dofinansowano gigantyczną sumą pieniędzy i dzisiaj jest to największy portal z ofertami zakwaterowania. Dlatego bronię się przed ocenianiem innych, ale dużo działam w tej branży i wiem na pewno, że od samej idei do sukcesu biznesowego droga jest bardzo daleka i my jako region mamy jeszcze wiele do zrobienia, żeby nasze start-upy mogły wypłynąć na szersze wody.

Rozmawiała: Katarzyna Mularz (kontakt: katarzyna.mularz@polskapress.pl)
Artykuł powstał dla podkarpackiej Strefy Biznesu: nowiny24.pl/strefa-biznesu

Najnowsze wpisy